Trzeba Wam wiedzieć, że "kłobook" nie jest ani literówką ani przejęzyczeniem.
Czym więc jest?
Na to pytanie postaram się odpowiedzieć poniżej...
Zacząć należałoby jednak od początku. I tak... za mądrymi księgami powtarzając:
Czym więc jest?
Na to pytanie postaram się odpowiedzieć poniżej...
Zacząć należałoby jednak od początku. I tak... za mądrymi księgami powtarzając:
Kłobuk (także kołbuk) to domowy
demon występujący w mitologii słowiańskiej, przybierający zwykle
postać czarnego kota, koguta lub kury (koniecznie zmokłej). Jego
głównym zajęciem było pomnażanie, w miarę swoich skromnych
czarcich możliwości, majątku gospodarza, w którego domostwie
przyszło mu mieszkać. Owo pomnażanie jednak było cokolwiek
niejednoznaczne moralnie, bowiem odbywało się ono kosztem dóbr
okolicznych mieszkańców – mówiąc prościej: kłobuk znosił do
obejścia kradzione sąsiadom drobiazgi. Oprócz tego potrafił także
znaleźć i przyprowadzić zagubionego domownika, co
zapewne bardzo przydawało się co poniektórym przy okazji suto
zakrapianych uroczystości sąsiedzkich.
Skąd jednak można było takiego
koguta-przewodnika dla trzeźwych inaczej sobie zorganizować? Otóż
trzeba było zakopać pod progiem poroniony płód, który po siedmiu
dniach (tygodniach lub latach w zależności od wersji) winien
domagać się chrztu a w razie odmowy tegoż przez gospodarzy,
zmienić w pełnoprawnego kłobuka na ich usługach. Milutko prawda?
Formą mniej makabryczną było przyciągnięcie jedzeniem i
"oswojenie" błąkającego się czarnego kota, koguta lub
kury (koniecznie zmokłych), które to miały dużą szansę okazać
się wypędzonymi przez poprzednich właścicieli kłobukami. Bo
jeżeli usługi kłobucze gospodarzom nie odpowiadały (czy to
ruszyło ich sumienie, że kraść to jednak nieładnie, czy też demon
zwyczajnie się lenił w ich mniemaniu) takiego lokatora można było
się pozbyć. Chciałoby się zapytać "I wtedy co?" Ano
g*wno... I to dosłownie. Bo po przepędzeniu, wszystkie dary
zniesione przez kłobuka zmieniały się właśnie w miły sercu
każdego rolnika..... nawóz. Taka tam czarcia odpłata za
niegościnność...
Czy się więc różnią "kłobuk"
i "kłobook".
Cóż... KŁOBOOK jest demonem raczej
wewnętrznym, którego bytności fizycznej praktycznie nie
uświadczam. Obecność swoją zaznacza z reguły poprzez
zwiększającą się na półkach ilość książek i wprost
proporcjonalnie zmniejszającą się ilość środków na koncie
oszczędnościowo-rozliczeniowym. Kłobook to licho sprawiające, że
nawet idąc do sklepu po marchewkę na zupę, potrafię wrócić z
książką – dobrze jeśli również z tą marchewką. Będzie
szeptał do ucha "weź... przecież jeszcze jej nie masz...
przecież zawsze ją chciałaś... postawisz na półeczce, będziesz
podziwiać i głasiać". Przypuszczam, iż nowożytna medycyna
nazwa takie przypadki zaburzeniami psychicznymi a nie objawami
ingerencji uwspółcześnionego demona... ale kto by się tam
przejmował nowożytną medycyną.
Mój kłobook to jednak bies oswojony. Z biegiem czasu doszliśmy bowiem do swoistego porozumienia – on nie każe mi przepuszczać całej wypłaty a ja pozwalam mu od czasu do czasu zaszaleć – zwłaszcza jeśli jest promocja. Bo trzeba Wam wiedzieć, że to poniekąd dzięki jego ingerencjom stałam się łowczynią promocji, poszukiwaczką wyprzedaży i tropicielką przecen a moje indiańskie imię zapewne brzmiałoby Buszująca W Koszykach Z Książkami. Nigdy chyba jeszcze nie zdarzyło mi się zapłacić za książkę jej ceny okładkowej a wiele z moich zbiorów zdobyłam za dosłownie parę złotych za sztukę – czasem tylko trzeba wiedzieć gdzie szukać i uzbroić się w cierpliwość.
Obcowanie z kłobookiem dodatkowo
sprawia, że czasem sprzątanie czy inna robota leży odłogiem a ja
chodzę niewyspana. Bo gdzieś z tyłu głowy słyszysz "jesssszcze
jeden rozdział" mimo, że jest już dobrze po północy. I nawet
jeśli w dzień mam wolną chwilę by przysiąść z książką, tak po
ludzku, na pół godzinki, to wtedy zmawiają się we dwóch: Kłobook
i Pan Zdzisław*... no i jak mam wstać kiedy uwali się na mnie
sześć kilo ciepłego, mruczącego, zadowolonego z siebie
lenistwa?... oj przeczytam jeszcze jeden rozdział, no trudno... oj
książka się skończyła...
I tak sobie jakoś powoli żyjemy w tym tandemie.
I o tym naszym wspólnym życiu –
moim i mojego Kłobooka - będzie ta historia...
![]() |
Pan Zdzisław - chętny wspólnik radosnych kłobooczych szelmostw. Ani on czarny ani zmokły ale z pewnością magiczny... |
..........................................................................................
*Pan Zdzisław jest "Panem" bo
jak to kiedyś mądrze powiedział jeden nie całkiem zwyczajny kot:
Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
Michaił Bułchakow "Mistrz i
Małgorzata"