Korzystając
z grudniowej promocji w Wydawnictwie MAG nabyłam wszystkie wydane do
tej pory w Polsce książki popularnej pisarki Leigh Bardugo. Oto
subiektywna i nieprofesjonalna recenzja pierwszej z serii tej autorki
jakie trafiły na polski rynek i jednocześnie rozpoczynającej wątek
fabularny całego uniwersum – Trylogia Grisza.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 lutego 2020
sobota, 16 listopada 2019
Małe Licho i anioł z kamienia, czyli przyjmę gruz...
Dziś popremierowo (jakieś dwa tygodnie, ale jednak) Małe Licho i anioł z kamienia uwielbianej przeze mnie Marty Kisiel.
Coraz więcej autorów książek dla dorosłych (tylko bez głupich skojarzeń proszę) próbuje swoich sił w pisaniu dla dzieci. I którego z nich by nie zapytać, zgodnie twierdzą oni, że ta druga grupa odbiorców, choć z przyrodzenia mniejsza wzrostem, jest daleko bardziej wymagająca niż czytelnik pełnoletni. Mimo to Marcie Kisiel po raz kolejny* udało się stworzyć, rzekłabym, arcydzieło literatury (nie tylko) dziecięcej.
piątek, 18 października 2019
Rzecz o „trochę spóźnionych lekarzach”*...
Ostatnio wpadł w moje ręce, w nader przyjemnych okolicznościach, pierwszy tom serii Uczeń nekromanty – Plaga, autorstwa E. Raj. Ponad 900 stronicowa celulozowa cegła - a takie jak wiadomo Kłobooki lubią najbardziej.
Czasem potrzebne jest człowiekowi jakieś cukierkowe cliche z nieśmiertelnym toposem Kopciuszka... Czasem zaś solidna rzeźnia, urywane głowy, fruwające flaki i paskudztwa wyskakujące z za rogu czy też stateczni z wierzchu a pokręceni w środku psychopaci. Tak dla urozmaicenia i zachowania równowagi psychicznej w przyrodzie... W Uczniu nekromanty mamy cały pakiet.
czwartek, 18 lipca 2019
P.S. Jestem na haju
Długo
mnie nie było. Prawda. Ale znalazło się wreszcie coś co sprawiło,
że wyłuskałam się wreszcie z oparów marazmu blogo-tfu-rczego:
Post Scriptum Mileny Wójtowicz.
Nie
jest to co prawda jakaś świeżynka wydawnicza, bo ukazała się
nakładem Wydawnictwa Jaguar ponad rok temu (kwiecień 2018).
Niemniej w moje ręce trafiła dopiero teraz i to na skutek całkiem
przyjemnego zrządzenia losu... ale o tym może kiedy indziej. Skupmy się na temacie...
środa, 29 sierpnia 2018
Komu Cud? Komu dwa?
Maggie Stiefvater Przeklęci
Święci - recenzja.
Gdy przestaniemy kurczowo trzymać się światła a oczy przyzwyczają się do ciemności, można dostrzec w mroku zaskakująco ciekawe rzeczy.
Gdy przestaniemy kurczowo trzymać się światła a oczy przyzwyczają się do ciemności, można dostrzec w mroku zaskakująco ciekawe rzeczy.
Dawno
nie było
żadnego
wpisu recenzenckiego. A to chyba dlatego, że
przed napisaniem tego, co o przeczytanej książce
chcę
przekazać,
muszę
najpierw rzecz dogłębnie
przemyśleć
a treść
wina dojrzeć
gdzieś
w zakamarku umysłu,
do pokazania jej światu.
Dziś
o pozycji całkiem
świeżej,
bo wydanej na początku
czerwca tego roku nakładem Wydawnictwa Uroboros - Przeklęci
Święci
Maggie Stiefvater. Książce,
która trafiła
do mnie w sposób bardzo wdzięczny,
gdyż
nie zapłaciłam
za nią
ani złotówki.
Udało
mi się (jako jednej z dziesięciu osób) wygrać
dotyczący
jej konkurs, który na swoim facebookowym funepage'u Uroboros ogłosił
niedługo
po premierze.
![]() |
| Twór konkursowy |
Czarna
róża
wykonana z folii piankowej* urzekła
organizatorów na tyle skutecznie, że
zdecydowali się
przysłać
egzemplarz także
mi. Kłobook
aż
się
zaślinił
z radości.
Stąd
też
postanowiłam
wykorzystać
nieczęstą
przy moich zarobkach sposobność
do przedstawienia Wam przemyśleń
po lekturze pozycji, którą
spokojnie uznać
można
jeszcze przez chwilę
za nowość
wydawniczą.
Są
książki,
w których znikasz od pierwszej strony. Od pierwszego zdania wsiąkasz
w świat
przedstawiony zlewając się
z otoczeniem i wraz z bohaterami przeżywasz
niezwykłe historie. Zakładasz
drugą,
wyimaginowaną skórę,
w której jest ci zaskakująco
wygodnie – jak w schodzonych, zniszczonych, ale wciąż
ulubionych butach.
Przeklęci
Święci
taką
książką
nie są.
Przynajmniej dla mnie. Przez pierwszy, drugi, trzeci rozdział,
musiałam
się
przebijać
niejako siłą
rozpędu...
By poznać
świat,
spróbować
go pojąc
i zrozumieć - co nie zawsze jest proste,
gdy swego rodzaju baśniowy
absurd, jest w nim posiany gęsto
i solidnie zakorzeniony.
Nie jest to bowiem rzeczywistość
łatwa
i przyjemna. Ba, nie jest to nawet rzeczywistość
piękna.
Nie na pierwszy rzut oka. Potrzebnych jest kilka kolejnych, aby można
było
dostrzec jej urok, ukryty w ciemnościach,
pod warstwą
brudu, kurzu i zwyczajności.
Bo "W każdym
człowieku
jest mrok, z którym musi się
zmierzyć".
Niektórzy radzą sobie z tym sami. Innym potrzebny jest do tego Cud – fizyczna manifestacja, ucieleśnienie ich wewnętrznych cieni kładących się nie tylko na duszy, ale i na ciele. Stąd też wielu przybywa na pustynię w stanie Kolorado, licząc na to, że spotkanie z tamtejszym Świętym rozwiąże ich problemy. Sęk w tym, iż jeden Cud to za mało, a większość pątników zdaje się zapominać stare powiedzenie: "Bóg pomaga tym, co sami sobie pomagają".
Niektórzy radzą sobie z tym sami. Innym potrzebny jest do tego Cud – fizyczna manifestacja, ucieleśnienie ich wewnętrznych cieni kładących się nie tylko na duszy, ale i na ciele. Stąd też wielu przybywa na pustynię w stanie Kolorado, licząc na to, że spotkanie z tamtejszym Świętym rozwiąże ich problemy. Sęk w tym, iż jeden Cud to za mało, a większość pątników zdaje się zapominać stare powiedzenie: "Bóg pomaga tym, co sami sobie pomagają".
Ciemność
kryjąca
się
w ludziach bywa straszna, a mrok Świętych
nie ma sobie równych, wielokrotnie bywając
nie tyle makabryczny, co potwornie wręcz
zabójczy. Budzi przez to, tym większe
przerażenie
i ostracyzm, nawet ze strony najbliższych.
A młodzież,
jak świat
stary, buntuje się
na różne
sposoby: czy to prowadząc
nielegalną
rozgłośnię
radiową,
czy też
przeciwstawiając
się
kilkusetletniej, rodzinnej tradycji, ryzykując przy tym zdrowiem a nawet życiem. Bo jako jedyni wydają
się
dostrzegać,
iż
rodzina Soria, mimo całej
swej mądrości
i przezorności,
zdążyła
już
zapomnieć,
że
im bardziej garniemy się
do światła,
wpatrując
się
w ogień,
tym mniej widzimy w otaczającym
mroku, który napawa nas przez to większym
lękiem,
niż
naprawdę
powinien.
Maggie
Stiefvater jest pisarką
książek
przede wszystkim dla młodzieży,
znaną
z takich cykli jak Faerie, Wilkołaki
z Mercy Falls, Król Kruków czy nagrodzonej w 2011 roku powieści
Wyścig
Śmierci.
Mając
to na uwadze, przyznajmy sobie szczerze, (nomen nomen) cudów się
tu nie spodziewałam.
I w zasadzie, oprócz tych dokonywanych przez potomków rodziny
Soria, takowych nie ma.
Jest za to miejscami naiwna i cukrowana, ale
solidnie napisana przypowieść**
o ludziach: ich lękach,
obawach, radościach
i przede wszystkim - uczuciach. Odrobinę
specyficzny*** (co nie oznacza zły)
sposób narracji, przywodzi na myśl
historie opowiadane ongiś
przez bajarzy przy ognisku czy w karczmach – trochę
straszne, trochę
śmieszne,
trochę
wzruszające,
ale niepozbawione też
głębszego
sensu i przekazu.
![]() |
| Przód/tył |
Książka
wydana jest ładnie,
z raczej stonowaną,
nieprzesadnie pstrokatą
grafiką
na froncie. Okładka
miękka
ze skrzydełkami
z lakierowanymi i tłoczonymi
literami (także
na grzbiecie). Objętość,
powiedziałabym,
niewielka bo około
300 stron.
Na
koniec jeszcze notka biogra... bibliograficzna:
Tytuł:
Przeklęci
Święci
Autor:
Maggie Stiefvater
Cykl:
------
Wydawnictwo:
Uroboros
Data
wydania: 06 czerwca 2018
Oprawa:
miękka
ze skrzydełkami
Tytuł
oryginału:
All the Crooked Saints
Przekład:
Piotr Kucharski
Ilość
stron: 303
Format:
13,5x 20 cm
ISBN:
9788328053854
Cena
okładkowa:
34,99 zł
..........................................................................................
*O
mało
sobie paluchów przy tym nie pokleiłam,
bo z braku kleju na gorąco
używałam,
na szybko nabytego w kiosku, kleju cjanoakrylowego (to takie
Superglue i inne Kropelki)
**Termin
użyty
z pełną
premedytacją
**Muszę
przyznać,
że
dość
częste
powtórzenia zastosowane jako zabieg stylistyczny, po trzecim -
czwartym razie, zaczynały
mnie mocno irytować.
..........................................................................................
niedziela, 13 maja 2018
Wierzę w Wieżę
Daniell
O'Malley Wieża – recenzja
Jeśli
nie znasz prawideł gry – stwórz je. I zmuś innych, aby następną
partię, rozegrali według twoich zasad....
Pierwsze
kłoboocze próby recenzenckie spotkały się z zaskakująco ciepłym
przyjęciem. Czas więc na subiektywny i nieprofesjonalny komentarz do
następnej, niedawno zakupionej i przeczytanej przeze mnie książki.
Podobnie jak poprzednia, ta także jest "dzieckiem"
Wydawnictwa Papierowy Księżyc. Mowa o Wieży, którą pod koniec
listopada 2017 roku, debiutował australijski pisarz Daniel O'Malley.
Stanowić ma ona pierwszy tom cyklu Archiwum Checkquy. Nie wiadomo
jeszcze na ile części autor rozplanował serię. Mimo, iż ukazała
się ona już kilka miesięcy temu, z nadmiaru zaplanowanych pozycji
do lektury, przy równoczesnym niedoborze czasu, zabrałam się za nią
dopiero w majowy weekend.
"Droga
Ty,
Twoje
ciało należało niegdyś do mnie. (...) Wiesz, jakie jest imię
ciała, w którym się znajdujesz? Myfanwy. Myfanwy Alice Thomas.
Powiedziałabym, że to moje imię, ale ciało należy teraz do
ciebie..."
Co
zrobilibyście gdybyście ocknęli się pobici, w nieznanym,
skąpanym w ciemnościach i deszczu parku, z trupami porozrzucanymi
dookoła? Na domiar złego bohaterka nie pamięta niczego – kim
jest, co robiła, skąd się tam wzięła i o co chodzi w całej tej
chorej sytuacji. Jedną (i w tych okolicznościach wydawałoby się
dość marną) wskazówką jest kartka z krótkim listem i
instrukcjami, znaleziona w kieszeni kurtki.
Tak
rozpoczyna się wspólna droga bohaterki i czytelnika, ramię w ramię
odkrywających powoli tajemnice zagubionego życia Myfanwy Thomas. A
rzeczywistość okazuje się na tyle przerażająca, że może lepiej
(a na pewno łatwiej) było faktycznie o niej nie pamiętać. Tajna
instytucja walcząca z nadnaturalnymi zagrożeniami, przy których
potwory spod łóżka są miłymi przytulankami, brzmi wystarczająco
nieprzyjemnie. Jeśli do tego dołożyć jeszcze następujące fakty:
-
Myfanwy sama potrafi to i owo w kwestii niezwykłych zdolności,
- jest
Wieżą, jednym z członków najwyższego zwierzchnictwa, wspomnianej
organizacji o nazwie Checkquy
-
współkierownictwo pełne jest osobników nieprzeciętnych a do tego
bardzo groźnych
- wśród
tych indywiduów ukrył się zdrajca, czyhający na życie panny
Thomas, a utracona osobowość, odkrycia jego tożsamości nie
ułatwia.
Wobec
takich problemów szafa pełna nudnych garsonek (choć wartych
przynajmniej trzy średnie pensje każda) oraz to, że
współpracownicy (nie mylić z podwładnymi) z reguły traktują
Myfanwy protekcjonalnie lub w ogóle ją ignorują, wydają się
wręcz optymistycznymi akcentami.
![]() |
| Tył / Grzbiet / Front |
Książka
wydana jest estetycznie, nie wybitnie, ale elegancko w swej
prostocie. Okładka matowa z lakierowanymi literami. Na grafice ładna
pani z pistoletem w pozie "ubezpieczam cię" i
basztopodobne coś z mackami i łapami, w tle - jakoś bezwiednie od
razu skojarzyła mi się z okładką Plus/Minus (zwłaszcza pani)*
Będąc już po lekturze Wieży, mniemam, iż kolor czerwony dominuje
tu nie bez powodu. Oprawa, charakterystycznie dla pozycji tego
wydawnictwa, miękka ze skrzydełkami. Objętość – 560 stron.
Czcionka niezbyt duża jednak też nie za mała, wygodna w czytaniu.
No i właśnie, tu dochodzimy do pierwszego "ale...".
Już
zdążyłam się ucieszyć. Już nawet pochwaliłam Papierowy Księżyc
za poprawę poziomu korekty tekstu (we wspomnianym chwilę temu
Plus/Minus)... Wychodzi, że wszystko za wcześnie. Bo oto już na
pierwszej stronie Wieży wita nas brak konsekwencji w użyciu formy
osobowej. Poprzednia Myfanwy jakoś nie może się zdecydować w
jakiej osobie zwracać się do obecnej. Raz mamy "żebyś
mogła", drugi "żebyś wiedział". Nie sądzę aby
bohaterka przeżywała kryzys tożsamości płciowej, nawet zważywszy
na nieciekawe okoliczności. Generalnie w całej książce roi się od
błędów takich jak: brak spacji, powtórzenia tych samych słów co
zdanie, brak spójności stylu czcionki, literówki, nieprawidłowe
końcówki fleksyjne czy całe wyrazy, przekłamujące treść. Nawet
ja, nie zagłębiając się specjalnie w analizę tekstu, dostrzegłam
ich kilkanaście, a nie mam ani wykształcenia polonistycznego, ani
doświadczenia w korekcie tekstów. Miało być tak pięknie,
chciałoby się powiedzieć, a wyszło jak zawsze**.
![]() |
| Każda karteczka to jakieś małe "ale" |
A skoro
już weszłam w tryb "gorzkie żale"...
Kolejna kwestia –
tłumaczenie nazewnictwa postaci. Nie mam tu rzecz jasna na myśli
imion i nazwisk, bo tych z zasady zwykle się nie tłumaczy. Chodzi o
tytuły, jakie poszczególnym osobom, nadane zostały w hierarchii
organizacji.
UWAGA
SPOILER – niewielki i nieprzeszkadzający w czytaniu, w zasadzie to
taki nimi-spoilerek, ale czułam się w obowiązku uprzedzić.
Wielokrotnie
w treści wspominane jest, że stanowiska w strukturze Checkquy,
stworzone zostały na podstawie figur szachowych. Niestety
zastosowane tłumaczenie ich nazw, odbiór tego systemu mocno
zaburza. Nawet osoba, która nigdy w szachy nie grała, a zna tylko
ich ogólne prawidła, doznaje pewnego dysonansu poznawczego.
Dlaczego? Otóż w języku angielskim mamy następujące figury: pawn
(pionek, pion), Knight (Skoczek), Bishop (Goniec), Rook*** (Wieża),
Queen (Hetman, Królowa), King (Król). W książce dostajemy za to
(oprócz pionków i tytułowej Wieży, co do których nie mam uwag)
takie "kwiatki" jak Biskup czy Kawaler. I ja rozumiem, że
w dosłownym tłumaczeniu "bishop" to biskup, "knight"
to rycerz, a Biskup i Kawaler brzmią poważniej i dostojniej niż
Goniec czy Skoczek. Niemniej, nijak to nie przystaje do nomenklatury
szachowej, stosowanej w języku polskim i zwłaszcza na początku,
brzmi co najmniej dziwnie. No dobrze, tłumacz przyjął taką a nie
inną strategię – jego prawo. Ale też moim prawem jako
czytelnika jest wyrazić niezadowolenie z tego faktu, jeśli mi się
on nie podoba.
Wieża
to dość specyficzne i w sumie niespotykane, ale nad wyraz udane
połączenie thrillera paranormalnego (ach te potwory spod łóżka),
mrocznego, miejscami naturalistycznie obrazowego urban fantasy i
szpiegowskiej powieści akcji (z gatunku "zabili go, ale
uciekł"). Jako dodatek kompensujący mamy tu także umiejętnie
wplecione elementami komedii. Autorowi udało się sprytnie połączyć
ze sobą te tak różne ogniwa, tworząc bardzo interesującą
kompozycję.
Nie jest
to jednak, moim skromnym zdaniem, debiut tak wybitny i nowatorski jak głoszą
opinie przedrukowane na okładce. Nie zrozumcie mnie źle – książka
wciąga. Napisana jest solidnie, ciekawie i ze sporą dozą humoru
równoważącego, miejscami dość drastyczne fragmenty. Ale nie
oszukujmy się, pomysł z postacią "budzącą" się nagle
po utracie pamięci, której to osobie ktoś usilnie próbuje zrobić
coś nieprzyjemnego - porwać/ zabić/ uwięzić/ wykorzystać do
własnych celów (niewłaściwe skreślić), jest znany i nienowy.
A pokusiłabym się o stwierdzenie, iż lekko oklepany, wykorzystany
już w niezliczonej ilości książek i filmów****. I tak, wiem że jest to jeden ze sposobów płynnego zapoznania czytelnika z bohaterami i światem przedstawionym w historii... Ale jednak...
Motyw tajnych organizacji walczących z nadprzyrodzonymi monstrami też do świeżynek nie należy i wałkowany był w klasykach gatunku wielokrotnie.
Motyw tajnych organizacji walczących z nadprzyrodzonymi monstrami też do świeżynek nie należy i wałkowany był w klasykach gatunku wielokrotnie.
Mimo to,
udało się autorowi stworzyć powieść ciekawą, pod wieloma
względami inną niż wszystkie. Akcja jest dynamiczna, napięcie
umiejętnie stopniowane i dawkowane, w kilku szczególnie ciekawych
miejscach pojawiają się "irytujące" (no bo jak tak
można! co tam się dalej działo!?) przerywniki i "spowalniacze" akcji sprawiające, iż od
lektury nie sposób się oderwać. Najlepszym dowodem na to jest fakt,
że zwykle nie zdarza mi się chodzić spać zbyt późno (ech,
starość), a przez Wieżę zasnęłam bardziej rano niż w nocy. Po
prostu nie potrafiłam pozostawić jej niedokończonej.
Tutaj też
chciałabym podziękować autorowi za finał książki napisany w
sposób spójny i taki, który można by uznać za zamknięty. Nic
tak nie denerwuje czytelnika jak wielki cliffhanger na końcu tomu,
jeśli na kontynuację przyjdzie czekać nie wiadomo ile czasu, być
może nawet lata.
A Wieża
jest książką, której ciągu dalszego z pewnością niecierpliwie będę wyglądać.
Dla
porządku, notka biogra... bibliograficzna:
Tytuł:
Wieża
Autor:
Daniel O'Malley
Cykl:
Archiwum Checkquy, tom 1
Wydawnictwo:
Papierowy Księżyc
Data
wydania: 29 listopada 2017
Oprawa:
miękka ze skrzydełkami
Tytuł
oryginału: The Rook
Przekład:
Iga Wiśniewska
Ilość
stron: 560
Format:
14,5 x 20,5 cm
ISBN:
9788365568434
Cena
okładkowa: 44,90 zł
..........................................................................................
*W sumie
nic dziwnego, bo projektem i opracowaniem okładek, w obu
przypadkach, zajmowały się te same osoby
**Przeczytałam
i posiadam kilkanaście książek tego wydawnictwa i w zasadzie w
każdej jest ten sam problem z korektą (a właściwie jej brakiem).
Mam już nawet taki mały rytuał, że przed rozpoczęciem czytania
przygotowuję sobie na podorędziu pocięte karteczki i ołówek do
zaznaczania zauważonych błędów.
***
Nie wiem czy wiedzieliście, ale w języku angielskim "rook"
to także: gawron, szuler czy (jako czasownik) oszukiwać – co, w
kontekście treści, posiada znacznie głębsze znaczenie, niż nasza
polska "wieża"
**** Że
wspomnę tylko Zanim zasnę S. J. Watson, cykl o Jasonie Bournie
Roberta Ludluma czy nasz polski Dziennik norweski Andrzeja Pilipiuka
..........................................................................................
Subskrybuj:
Posty (Atom)













